Którą serię wytypowałeś w oficjalnej ankiecie Cav Zodiaco jako tą, którą chętnie byś zobaczył na 30-lecie Saintów?

Next Dimension
Next Dimension
26% [16 głosów]

Epizod G
Epizod G
16% [10 głosów]

Saintia Shou
Saintia Shou
2% [1 głos]

Zeus Chapter
Zeus Chapter
18% [11 głosów]

Remake klasyka
Remake klasyka
31% [19 głosów]

Inną
Inną
7% [4 głosy]

Ogółem głosów: 61
Musisz zalogować się, aby móc zagłosować.
Rozpoczęto: 01/16/2016

Archiwum ankiet

FAN FICTION - Aylis - Home

Dom. Wyjątkowo dziwne słowo. Na twarzy większości ludzi wywołuje uśmiech, jakieś dziwne rozmarzenie i odprężenie. Gdy pada w rozmowie od razu wiadomo, że schodzi ona na luźniejsze tematy. Kiedy ludzie wychodzą zmęczeni z pracy i mówią: "Idę do domu", ich twarz się zmienia. Nagle pojawia się na niej radość i siła, z istnienia której nie zdawali sobie sprawy.
On tez się uśmiechał, gdy słyszał to słowo. Drwiący uśmiech, szybki i kąśliwy niczym wąż atakował niczego nie spodziewającą się ofiarę. Dla niego był to tylko pusty wyraz. Pusty i niebezpieczny. Mrzonka, która osłabia koncentrację i wystawia na ciosy. Nic więcej.
Ikki nigdy nie negował tego, że ma rodzinę. Shuna. Tylko, że nigdy nie utożsamiał go z domem. Był jego bratem. To było więcej niż cokolwiek innego, ale domu po prostu nie mieli. Stracili go dawno temu razem z rodzicami. Tam też nie było sielanki, ale było znośnie. Tak on to odbierał. Przynajmniej te rzeczy, które pamiętał. Wspomnienia dawno już się zatarły, wyparte przez obrazy sierocińców, rezydencję Mitsumasy Kido i Wyspę Śmierci. Żadne z tych miejsc nie wywoływało w nim ciepłych uczuć. Ale to była przeszłość i nie miała znaczenia. Dla Ikkiego dom to tylko budynek. A kto by się przejmował zwykłym budynkiem? Przecież tyle ich jest... Ikki otrząsnął się z niezwykłej dla niego zadumy. Siedział w fotelu przy otwartym oknie, przez które wpadały ciepłe promienie majowego słońca i zapach kwitnących drzew, który Shun określał zawsze jako "słodki i pełen życia", a Ikki "denerwująco mdlący". A jednak otworzył okno, tłumacząc się, ze jest zbyt duszno, aby kisić się w zamkniętym pomieszczeniu. Za jego plecami, na szafce nocnej przy łóżku Andromedy stał wazon pełen kwiatów wiśni. Rzecz dość niezwykła, bo co prawda Shun lubi znosić przeróżne "zielska" aby nieco rozświetlić pokój, ale przecież zielonowłosego nie było już od jakiś 4 tygodni, a kwiaty wyglądały na świeże. Ikki spojrzał znowu na trzymaną w dłoni kartkę. Wszystko wskazywało na to, że był to list, zapisany wyraźnym, pewnym pismem, jednak papier był już mocno wytarty, wszelkie zgniecenia dawno wygładzone, podczas dziesiątek, a może i setek razy, gdy był przeglądany. To był list od Shuna. Przyszedł jakieś 2 tygodnie wcześniej. Ikki przebiegł go wzrokiem. Właściwie nie musiał tego robić. Wiedział co jest tam napisane, a jednak wciąż po niego sięgał.
Kochany braciszku... przyjechałem jakiś tydzień temu... ludzie są mili... Shingo chce wejść na Shisha Pangma, ale ja się boję... radzę sobie całkiem dobrze, w końcu mam już wprawę z tymi wszystkimi urwiskami... ostatnio weszliśmy na... przesyłam ci zdjęcia, widok zapiera dech... co u ciebie... szkoda, że cię tu nie ma... do zobaczenia... całuję...
Pierwszy i jak na razie ostatni list. Ikki martwił się tym milczeniem. Rozumiał, że wysyłanie listów z Tybetu jest kłopotliwe, jednak czułby się znacznie pewniej, gdyby miał od brata jakieś wiadomości. Albo gdyby Shun nie blokował drgań swojego cosmo. Tylko, że on nie chciał, żeby pozostali wiedzieli gdzie jest. Od czasu wojny z Hadesem coraz bardziej się od nich oddalał. Feniks to rozumiał, nawet jeśli nie do końca popierał. Jednak nie udało mu się znaleźć innego wyjścia. Widział te sztuczne uśmiech, wymuszony serdeczny ton... szczegóły, które rosły do rozmiarów cegły, celnie spadając na głowę ofiary.
Dzwonek telefonu przerwał zamyślenie, w które ponownie wpadł. Uśmiechnął się krzywo. To już wchodziło mu w nawyk. Jeszcze trochę i zamieni się w jakiegoś marzyciela, który chodzi brzegiem rzeki i podziwia ruch liści na wietrze.
- Halo?
- Dzień dobry, Katsuko Okanao z Ambasady Japońskiej. Czy mogę rozmawiać z panem Amamiya Ikkim?
- To ja. - Odpowiedź niezbyt uprzejma, wypowiedziana tonem, którego należało się już bać. Ale coś w tej rozmowie potęgowało jego niepokój. Nie było powodu, żeby dzwonili do niego z Ambasady. A przynajmniej nie dobrego.
- Obawiam się, że muszę przekazać Panu smutną wiadomość... Pański brat, Shun Amamiya, zdaje się, przebywał w Tybecie, zgadza się?
- Tak. - Głucha odpowiedź i oczekiwanie. Strach. "Przebywał?". Serce bijące jak oszalałe i krew szumiąca w uszach. Zagłuszająca wszystko... z wyjątkiem głosu tej kobiety, obijającego się w jego głowie i powracającego echem z coraz większą siłą. - Z posiadanych przez nas informacji wynika, że drużyna, do której należał Pański brat miała wypadek, podczas wspinaczki na Shisha Pangma... przykro mi, ale on nie przeżył.
Dopiero po chwili zrozumiał, co ona powiedziała. Nagle głos tej kobiety stał się niewyraźny, niczym gwałtownie ściszone radio. Ledwo do niego docierał. Nie wiedział co właściwie odpowiada. Stał i patrzył tępo na okno, za okno i przez to co było za oknem. Shun... To było takie nierealne, niemożliwe. Przecież Shun nie mógł... przecież by o tym wiedział! Poczułby to! Ale czy na pewno? Już od dawna nie czuł jego energii, może nie zauważył? Przeoczył ten sygnał? Zawsze go chronił... był przy nim... zawiódł?
Gwałtownie wyciągnął rękę i porwał słuchawkę. Nawet nie wiedział, że ją odłożył. Kiedy skończył rozmawiać z tamtą kobietą? Czy mówiła coś jeszcze? Potrząsnął głową. To nie miało żadnego znaczenia. Wykręcił numer. Automatycznie, nawet nie patrząc na przyciski. Trochę go to zdziwiło. Nie używał go od lat, a wciąż pamiętał. Dziwne.
- Rezydencja Kido, słucham.
- Tatsumi, daj mi Saori.
- Panienka jest w tej chwili zajęta, proszę zadzwonić później.
- Cholera, ty stary, łysy kretynie rusz się i ją zawołaj, bo inaczej sam do was przyjadę, a tego byś nie chciał!
- Ikki?
- Tak, Ikki. A teraz daj mi ją, nie mam czasu.
- Jest w ogrodzie, poczekaj chwilę.
Poczekaj. Feniks czuł do tego słowa tak gorącą nienawiść, jakiej nie czuł od lat... od kiedy walczył u boku czarnych rycerzy. Teraz miał ochotę wrzeszczeć, biegać i walić we wszystko co miał pod ręką, ale co by to dało? Co zmieniło? Czekał.
- Ikki? Jak dawno cię nie słyszałam! Co u ciebie? - Słodki głosik Ateny denerwował go jeszcze bardziej.
- Nieźle. - Skłamał. - Mogłabyś załatwić mi samolot do Tybetu?
- Tybetu? - Powtórzyła zdziwiona. - Chyba tak... na kiedy?
- Jak najszybciej.
- Może być jutro rano? Na lotnisku w Tokio.
- Świetnie.
- Ale po co ci to? Stało się coś? Lecieć z tobą?
- Nie, nic... i polecę sam. Mam tam parę spraw do załatwienia. Będę na lotnisku o 6, cześć.
I rozłączył się. Nie maił ochoty na ugrzecznione pogawędki z Saori i wypytywania. Nie widział się z nią od jakiś 4 lat, potem rozmawiał z nią telefonicznie kilka razy na jej urodziny i temu podobne bzdury. Denerwowało go to, ale Shun nie chciał słyszeć o wymówkach. Jednak nawet on po pewnym czasie przestał nalegać. Od jakiegoś roku Atena nie miała od nich żadnych wiadomości. Ikkiemu ten stan rzeczy odpowiadał i nie miał ochoty go zmieniać.
Podszedł do swojego łóżka i położył się. Zwykły, wyuczony przez lata odruch. Żeby być na lotnisku na 6, będzie musiał wyjechać o 1 w nocy, lepiej, żeby się trochę przespał. Leżał przez kilkanaście minut, wsłuchując się w otaczającą go ciszę. Promienie słońca, padające na ścianę raziły go i drażniły. Odwrócił głowę. Po chwili zdał sobie sprawę, że wpatruje się w kwiaty przy łóżku Shuna. On zawsze bardzo je lubił. Tak samo jak ten miesiąc. Maj. Ikki uśmiechnął się, wspominając.

Shun wszedł do pokoju, niosąc naręcze kwiatów i uśmiechnął się szeroko do brata. Na twarzy miał rumieńce od uderzeń wciąż jeszcze chłodnego wiatru. W oczach tańczyły wesołe iskierki, ale twarz przystroił w nieco zaczepny wyraz. - Długo jeszcze masz zamiar tu siedzieć?
Ikki spojrzał na niego nieco sceptycznie znad czytanej książki. Odwzajemnił uśmiech.
- Nie mam nic lepszego do roboty, więc czemu nie mogę trochę poczytać?
- Ostatnio nie robisz nic innego, tylko czytasz. Mógłbyś wyjść. Żebyś widział co jest na zewnątrz!
- Maj? - Spytał z przekąsem. - Tak jak dwa lata temu, rok temu, za rok i pewnie jeszcze w przyszłych latach, chyba, że w końcu znajdzie się ktoś, kto poradzi sobie z Ateną.
- Ikki!
- Ach, racja. Pod tym względem największy problem stanowi zapewne Seiya. Saori dość łatwo ustrzelić.
Shun rzucił w brata poduszką.
- Wiesz, że nie o to mi chodziło! - Naprawdę starał się, żeby zabrzmiało to surowo, ale nie udało mu się utrzymać powagi, gdy spojrzał na twarz brata. Roześmiał się i pociągnął go za rękę. - Chodź.
- Po co? - Ikki mimo wszystko wstał. Nigdy nie umiał mu odmówić.
Shun odwrócił się do niego. Szczera radość życia na jego twarzy porażała, ale była zaraźliwa. W tej chwili nie było dla niego trosk, a największym celem było wyciągnięcie Ikkiego na zewnątrz.

Jedna, samotna łza spłynęła po policzku Ikkiego, wsiąkając w poduszkę. To było dokładnie rok temu. Gdyby wiedział, ze to ich ostatni majowy spacer... no właśnie co wtedy? Pustka. Piekąca i bolesna pustka wypełniała mu pierś, odbierając oddech, dusząc i plącząc myśli. Znowu zobaczył twarz swojego brata. Roześmianą i pełna życia. Patrzącą na niego z tą spokojną ufnością. Shun zawsze mówił, że nic mu się nie stanie, dopóki Ikki jest przy nim. A teraz? Shun... świadomość, że go zawiódł bolała chyba najbardziej. Że pozwolił na ten szalony wyjazd, że nie pojechał z nim, że... że co? Miał wszędzie za nim chodzić? Przecież nie mógł wiedzieć...

Jeszcze jedna łza znikła na poduszce. Po niej spłynęła następna. Już tak dawno nie płakał. Teraz miał tylko nadzieję, ze gdziekolwiek jest, Shun nie widzi jego słabości. Będzie silny... ale jeszcze nie teraz.

Ryk silnika i szum wiatru wpadającego przez okno zagłuszył całkowicie radio. Strzałka licznika na desce rozdzielczej podchodziła już pod 190 km/h. Ikki docisnął mocniej pedał gazu i zaczął wyprzedzać ciężarówkę. Jak na tą godzinę autostrada była pusta. Jeśli dalej pojedzie z tą prędkością powinien dojechać do Tokio za jakieś 2 godziny, czyli ok. 22. Trochę za wcześnie, ale może znajdzie jakiś w miarę tani hotel na uboczu, żeby się trochę przespać. Albo po prostu poczeka na lotnisku. Na razie cieszył go pęd, czuł jakby był w stanie zostawić za sobą wszystkie zmartwienia i cały ten przeklęty dzień.

Tybet...
Ikki szedł szybkim krokiem w kierunku, który wskazał mu jeden z miejscowych. Gdyby ktoś go spytał, w jakim języku z nim rozmawiał nie umiałby odpowiedzieć. Naprawdę starał się mówić po angielsku. W pewnym momencie zorientował się, że wkrada mu się trochę japońskiego, a nawet jakieś niemieckie słówko. Ile lat minęło, odkąd uczył się tego języka? Dlaczego teraz go użył, skoro nigdy wcześniej z nikim nie rozmawiał w tym języku? Ale tamten człowiek zdawał się go rozumieć.
Teraz Feniks widział już bardzo blisko budynki, w których ekipa ratunkowa zorganizowała główną bazę i prowizoryczny szpital. Dla tych, których znaleźli żywych... Nad nimi wznosiły się ponure zbocza Shisha Pangma. Co ich podkusiło do wspinaczki na tą górę? Nawet niewprawne oko Ikkiego dostrzegało, że na stokach góry wciąż panują warunki zdecydowanie zimowe, a ta góra z pewnością była wystarczająco zabójcza latem. Dlaczego?...
Wchodził do kilku budynków po kolei, ale nikogo w nich nie zastał. Cała ta sytuacja zaczynała go irytować. Spróbował jeszcze raz. Ten barak, w przeciwieństwie do pozostałych, nie przypominał aż tak bardzo rozlatującej się budy. Szybko zorientował się, że trafił do szpitala. Rząd schludnych, choć trochę się rozlatujących łóżek zasłanych białą pościelą łatwo go o tym uświadomił. Z lekkim westchnieniem zaczął się obracać, aby wyjść. Katem oka uchwycił podchodząca do niego z uśmiechem pielęgniarkę.
Zawahał się. Ona mogła mu powiedzieć co się właściwie stało... albo gdzie może znaleźć osobę, która będzie umiała odpowiedzieć na jego pytania, ale z drugiej strony... przekorna natura Ikkiego znowu zaczęła brać górę. Nie chciał z nią rozmawiać, bo i po co? Jak ktoś taki jak ona mógł mu pomóc? Odwrócił wzrok, chcąc dać do zrozumienia, że nie życzy sobie jej towarzystwa i jego spojrzenie padło na jedno z łóżek w głębi sali. Feniks zamarł z ręką na klamce.
Na pościeli siedziała drobna postać patrząc tępo na ścianę obok. Ikki stał jak zahipnotyzowany. Powoli zrobił krok do przodu, czując się, jakby brodził przez wyjątkowo lepkie bagno. Jego nogi były jak z ołowiu, wszystkie stawy poruszały się z nienaturalną sztywnością. Wydawało mu się jakby minęła wieczność zanim stanął przy łóżku.
- Shun?... - Wyciągnął rękę i dotknął jego twarzy, delikatnie, jakby chciał się przekonać czy jego palce nie przejdą na wylot przez zjawę, ale nie. Dotknął ciepłej, miękkiej skóry. Chłopak nie zareagował.
- Jest w szoku. - Odezwała się stojąca za Ikkim pielęgniarka. - Jest w tym stanie od kiedy go znaleźliśmy. Nie ma poważnych obrażeń, ale nie możemy nawiązać z nim żadnego kontaktu. Zna go pan?
- Tak... - Ikki usiadł na łóżku brata, wciąż nie do końca wierząc, że to naprawdę on. - Ale jakim cudem... powiedziano mi, że on...
- Każdy z nas maił przypięte do kurtki dokumenty, informacje o nas. - Słaby głos ledwo doszedł do Ikkiego.
Odwrócił się i spojrzał w bladą twarz nieznanego mu chłopaka. Odcień jego skóry w kilku miejscach wciąż był lekko niebieskawy od zimna. Mówił z pewnym trudem.
- Na wszelki wypadek... Shun się bał... Nie chciał iść z nami, ale Shingo nalegał. Szedł powoli, ostrożnie... był przypięty przede mną. Shingo za to był na samym przedzie. Dla niego to była wyprawa życia... i rzeczywiście. - Uśmiechnął się krzywo, ze smutkiem. - Za bardzo był zapatrzony w tą górę, chciał wejść na szczyt jak najszybciej.
Odwrócił głowę.
- Poszliśmy na skróty. - Szepnął. - Shun nie chciał, mówił, że to zbyt niebezpieczne, ale my... nie słuchaliśmy. Szliśmy ścieżką nad przepaścią, lód był cienki. Nie wytrzymał. Shingo spadł pierwszy. Pociągnął nas. Zdążyłem wbić czekan, ale byliśmy za ciężcy. Odrywało się coraz więcej lodu... - Przez jego twarz przebiegł skurcz. Oczy się zaszkliły na wspomnienie przeżytego koszmaru.
- Przytrzymałem Shuna, ale pozostałych trzymała już tylko lina. Shun podpełzł do krawędzi i chwycił Kei, ale nie mógł go utrzymać. Lina przetarła się, lód był za ostry. Pękła. Oni pociągnęli Kei w dół. Chwycił się kurtki Shuna. Widziałem jego twarz... słyszałem, jak pęka materiał... Shun był przy krawędzi. Widział ich... widział jak spadają...
Chłopak zamilkł. Nie chciał i nie mógł mówić dalej. Ikki nawet to rozumiał. On nie widział śmierci wszystkich, ale ten jeden chłopak, Kei, wystarczył. A Shun? Był rycerzem. Nie raz już oglądał śmierć... ale nigdy w ten sposób. Feniks zbyt dobrze znał brata. Shun będzie się winić za ten wypadek. Za to, że ich nie zawrócił, że nie wyciągnął... popatrzył w jego oczy.
- Shun? - Chwycił delikatnie głowę brata i obrócił tak, że Andromeda musiał na niego spojrzeć. Delikatny grymas przebiegł przez twarz Ikkiego gdy zauważył szpecące zadrapania na jego policzku, ale szybko zastąpił go uśmiechem. Teraz miał ważniejsze sprawy na głowie niż blizny. - Shun, to ja, Ikki. Spójrz na mnie! Shun...
Być może jakaś część jego umysłu czy duszy liczyła na jeszcze jeden mały cud, ale widocznie niebiosa wyczerpały już ich limit na ten tydzień. Shun niczym nie dał po sobie poznać, że zdaje sobie sprawę z obecności brata lub kogokolwiek innego. Siedział, patrząc niewidzącymi oczami na twarz niegdyś najdroższej dla niego osoby. Teraz ona dla niego nie istniała, podobnie jak cały świat. On pędził ku swemu nieodgadnionemu przeznaczeniu, podczas gdy Shun właśnie się zatrzymał. Ale czy można było powiedzieć, że dotarł do celu? Ikki w to nie wierzył.
Przysunął sobie krzesło i usiadł na nim tak, ze oparcie było przed nim. Sięgał przez nie ręką i ścisnął w niej dłoń brata. Ciepłą i delikatną. Tak jak kiedyś, w Japonii, gdy Shun był chory na zapalenie płuc. Wtedy też tak przy nim siedział. Ale wtedy patrzył na spokojny, przyjazny uśmiech, który mówił mu, żeby się nie martwił. Teraz nie mógł na to liczyć. Nigdy by nie przypuszczał, ze ten brak będzie miał dla niego tak wielkie znaczenie. Chwilową ulgę po odnalezieniu Shuna żywego zastąpił nowy strach. Niepokój zupełnie inny niż dotychczasowy.
- Zabiorę cię stąd. - Powiedział cicho. Poczuł spływającą po policzku łzę. - Do domu. - Szepnął.


Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Sant Seiya Revolution - Multimedia
Aiolia Leo

Aiolia2

Camus6

Skorpion Milo

Złoty Rycerz Skorpiona

Milo





Alien_2
Alien_2
2 dni
Verien
Verien
6 dni
galaxa
galaxa
6 dni
Freeze
Freeze
1 tydzień
rafal2142
1 tydzień
goliat
1 tydzień
Copyrights © Saint Seiya Revolution 2006 - 2019
Powered by PHP-Fusion copyright Š 2002 - 2013 by Nick Jones. Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.