Którą serię wytypowałeś w oficjalnej ankiecie Cav Zodiaco jako tą, którą chętnie byś zobaczył na 30-lecie Saintów?

Next Dimension
Next Dimension
26% [16 głosów]

Epizod G
Epizod G
16% [10 głosów]

Saintia Shou
Saintia Shou
2% [1 głos]

Zeus Chapter
Zeus Chapter
18% [11 głosów]

Remake klasyka
Remake klasyka
31% [19 głosów]

Inną
Inną
7% [4 głosy]

Ogółem głosów: 61
Musisz zalogować się, aby móc zagłosować.
Rozpoczęto: 01/16/2016

Archiwum ankiet

FAN FICTION - Aylis - Wojna Żywiołów 27

Rozdział XXVII - Lalka

Szedł szybkim krokiem po schodach, a właściwie przeskakiwał po dwa stopnie na raz. Skrzynia na plecach obijała mu się o kręgosłup, w jednym miejscu już przystrajając go w sporej wielkości siniaka. Przeklinał własną głupotę i przyzwyczajenie. Przecież mógł zostawić zbroję, po tym jak ją przekazał i to Arin musiałaby teraz dźwigać to pudło, ale nie. Przez te wszystkie dni, gdy miał ją przy sobie tak się do tego przyzwyczaił, że zabrał ją automatycznie, nawet się nad tym nie zastanawiając. Głupota. Gdyby tylko wtedy pomyślał.
Gdy dotarł w końcu do pierwszej Świątyni stanął, lekko zaskoczony. Widząc to, Mu pokiwałby pewnie głową ze zrozumieniem. Dla kogoś z zewnątrz, nie przywykłego do stylu architektury starożytnej Grecji widok Domu Barana musiał być czymś niezwykłym. Ogromne, prowadzące do tajemniczego i ukrytego w półmroku wnętrza, kolumny niepokoiły. Płaskorzeźby w tympanonie z pewnością wzbudzały podziw i niepewność, a bijący od całości i z każd**o miejsca monumentalizm zapierał dech. Tak z pewnością pomyślałby złoty rycerz. Na szczęście Mu w pobliżu nie było, więc nie musiał konfrontować swojego wyobrażenia z prawdziwym odczuciem Antisa.
"Ale ruina." Podszedł do jednej z kolumn i postawił pod nią skrzynię ze zbroją, z widoczną ulgą. W końcu pozbył się tego balastu. Jego wzrok przebiegał szybko po trochę skruszałych kolumnach, kilku kawałkach płaskorzeźby walających się w kącie i ogółem niezbyt przyjemnej Świątyni, wielkiej i wybudowanie przez kogoś, kto zapewne nigdy wcześniej nie widział porządnego budynku, a już na pewno nie miał pojęcia, że takie budowle mimo wszystko czemuś mają służyć. A przynajmniej takie było jego zdanie.
Ogólnie, z całości chłopakowi przypadła do gustu jedynie posadzka, wykonana z kamiennych, prostokątnych bloków, ale to też nie ze względów estetycznych. Przez jego twarz przebiegł delikatny uśmiech, w odpowiedzi na jeden z dość słynnych, oryginalnych pomysłów, które swego czasu przyprawiały o ból głowy osobę, która kilka lat temu postanowiła użyć tego oto chłopaka jako środka do zemsty i przez to uratowała mu życie. Teraz Antis był jednym z najpotężniejszych strażników, ale miał przecież dopiero 17 lat i wyjątkową skłonność do nie zachowywania się poważnie.
Podniósł z ziemi niewielki kamyczek i rzucił go na środek jednej z płyt przed nim. Następnie skakał na jednej nodze, na każdej z płyt lądując tylko raz i starannie omijając tą, na której leżał kamień. Po trzecim skoku wylądował dwiema nogami na dwóch prostokątach jednocześnie, potem znowu na jednej nodze na pojedynczym i znowu na dwóch. Odwrócił się, podskakując i wrócił podnosząc i zabierając po drodze kamyk. Gdy znowu obrócił się przodem do wnętrza Świątyni zamarł, lekko zaskoczony. Na granicy widocznego dla niego obszaru stał chłopiec, wpatrując się w niego ze zdumieniem, najwyraźniej nie bardzo wiedząc co ma zrobić. W wyciągniętych przed sobą rękach trzymał kij od miotły, ale Antis nie mógł się zdecydować czy mały zastanawia się czy odlecieć, czy też ma nadzieję, że kij do niego przemówi i wyjaśni mu całą tą dziwną sytuację.
- O, cześć. - Antis zbliżył się z uśmiechem, który, jak miał nadzieję, wyglądał na przyjazny, a nie zażenowany. - Kim jesteś?
W oczach chłopca pojawiło się zdecydowanie i upór.
- A ty? Obcym nie wolno tu wchodzić.
Koło ucha Antisa ze świstem przeleciał kamień.
- Hej, spokojnie, oni kazali mi tu przyjść, serio!
- Kto?!
Nadleciały kolejne kamienie.
- Arin! I ten jeden rycerz z kropkami na czole zamiast brwi!
Kamienie zatrzymały się, chłopiec patrzył na niego czujnie i trochę niepewnie. Antis też mu się przyglądał. Złote oczy przebiegły po jego twarzy i zatrzymały się, zupełnie, jakby chciał wyryć sobie jej obraz w pamięci. Zmarszczył brwi.
- Ty też masz takie kropi. Jesteście rodziną?
- Nie. Mu jest moim mistrzem, bratem Arin.
Bratem. A więc to on. W sumie, mógł się domyślić.
- W każdym razie, mam na imię Antis.
- Kiki.
- Fajne imię. - wyszczerzył zęby. Kiki posłał mu mordercze spojrzenie. Odpowiedział uśmiechem. - A chcesz ze mną zagrać?
- W co? - na jego twarzy pojawiła się odrobina ciekawości.
- Hm, w to, co grałem przed chwilą. Zobacz, najpierw rzucasz ten kamień...

* * *

- Czyli to w ten sposób nie zwracasz na siebie uwagi strażników?
Zimny głos przerwał zabawę. Antis zachwiał się i chwilę skakał na jednej nodze, aby złapać równowagę. Odetchnął, gdy w końcu mu się to udało. Właściwie nie musiał tego robić, aby wiedzieć z kim rozmawia i co więcej w pełni zdawać sobie sprawę z nastroju tej osoby, ale jednak odwrócił się i spojrzał w niebieskie oczy Arin. W końcu nie wypadało mu rozmawiać z nią tyłem.
- Są różne sposoby na nie zwracanie uwagi. Jeśli oni mnie nie widzą i nie wiedzą, że tu jestem, to co za różnica, co robię?
Prowokował ją. Wiedziała o tym. Spierali się już o to tyle razy, że żadne z nich nie wiedziało kiedy to się zaczęło. Godność, zachowanie właściwe jego statusowi. Puste słowa, przynajmniej dla tego chłopaka. Nie był taki, jak oczekiwali inni, a udawać nie miał zamiaru. Zaakceptują go lub nie, on nie będzie żałował.
- Chciałeś porozmawiać. - ku jego rozczarowaniu nie dała się złapać.
- Tutaj?
- Nie, w moim pokoju. Chodź.

Zaraz gdy zamknęły się za nimi drzwi chwyciła go za koszulkę i przycisnęła do ściany. Patrzyła z furią, która niewiele miała wspólnego z rozsądkiem.
- Jak śmiałeś?
Głos był niewiele głośniejszy od szeptu i wyjątkowo dosadnie przypominał syk węża. Antis zdał sobie sprawę, że czeka aż go ukąsi. Patrzył jej w oczy, które teraz wydawały się być tak odległe i obce jak jeszcze nigdy.
- Co...?
- Ile razy mam ci powtarzać, żebyś się nie wtrącał?
Zdumienie w jego oczach wyglądało na szczere, ale to tylko jeszcze bardziej ją rozzłościło.
- Nie wtrącał do czego?
- Jakbyś nie wiedział. - wycedziła. - Myślisz, że jestem ślepa? Że nie zauważę jego twarzy?
- Twarzy kogo?
Teraz już nawet na jego delikatnym obliczu pojawiła się irytacja. Przy niej zaczął doceniać osobowość osób, które w kilku prostych, miłych słowach wyjaśniały sytuację. Po tylu latach pewnie powinien się przyzwyczaić, ale równie dobrze ona mogła zmienić podejście.
Arin puściła go i odwróciła się, podchodząc do okna. Była wściekła. Za to, że okazał się tak wielkim tchórzem, aby nawet się nie przyznać... i za to, że nadal się nie zgadzało.
- Jak przejąłeś moc Kryształu?
Patrzył na nią wytrzeszczając oczy. Jak co przejął? Przecież...
Widziała jak w jego oczach powoli pojawia się zrozumienie, które zaraz ustąpiło miejsca przerażeniu i niedowierzaniu. Musiała przyznać, że był świetnym aktorem. I tchórzem, skoro nadal nie chciał powiedzieć prawdy.
- Sylph... to nie ty go wezwałaś?
Prychnęła jak rozdrażniona kotka.
- To nie ty go wezwałaś? - przedrzeźniała go nienaturalnie wysokim głosem. - Mógłbyś przestać udawać.
- Ja tego nie zrobiłem!
- Aha. I to, że on miał twarz twojej siostry, to był przypadek?
- Twarz... - powtórzył bezwiednie. Patrzył na nią jakby miał nadzieję, że powie zaraz, że to wszystko to tylko głupi żart. Tylko, że żadnemu z nich nie było do śmiechu. - On wyglądał jak...
- Willen. - dokończyła za niego po raz pierwszy zauważając, że wspominanie siostry, którą niedawno pochował wcale nie przychodzi mu łatwo. Jej domysły i przypuszczenia znowu zaczęły się walić.
Antis potrząsnął głową, próbując zebrać myśli.
- Ale ja tego nie zrobiłem!
Pierwszy raz była skłonna mu uwierzyć. Ta myśl przyniosła ulgę, której się nie spodziewała. Może to rzeczywiście nie on... ale jeśli tak, to kto?
- Ja go nie wezwałam. Jeśli to nie ty, to kto?
- Tylko opiekun Kamienia i osoby, którym na to pozwolił mogą korzystać z mocy Kryształu.
- Skąd wiesz? Może to tylko kolejna legenda? Może to nie prawda, że tylko opiekun... - nagle jej twarz stężała. Spojrzała na wciąż trzymany w dłoni kryształ pustym wzrokiem. - Opiekun. - Powtórzyła cicho, z niedowierzaniem. Potem objęła głowę rękami, kręcąc nią gwałtownie. - Och, jaka ja byłam głupia!

* * *

- Aiolia, to naprawdę miło, że postanowiliście mi pomóc, ale jeśli nadal każdy z was będzie sprawdzał czy dane jabłko nie jest aby zbyt kwaśne, to dostaniecie suche ciasto, bez żadnych owoców.
Aldebaran odwrócił się od szafki, trzymając wielki słój z mąką i spojrzał krytycznie na zwiększający się w zatrważającym tempie stosik ogryzków. Rycerz Lwa odpowiedział urażonym spojrzeniem.
- My tylko troszczymy się, aby do twojego ciasta trafiły tylko najlepsze owoce!
- Możliwe, ale jak na razie żaden z nich nie dotrwał od końca waszego oceniania.
- Co tylko potwierdza, jak bardzo się staramy.
- Doceniam to, ale chciałbym zauważyć, że ciasto z jabłkami ma jeden dość istotny składnik. Jabłka. Bez nich raczej zrobić się go nie da.
Aiolia, który wziął akurat do ust wielki kęs jednego z tych owoców miał drobny problem z wyartykułowaniem wypowiedzi.
- ...pokjne, Adi, pajem ad stacj. ...ic si ne marw.
Rycerz Lwa zakrztusił się, wypowiadając ostatnie słowo. Jako, że znajdował się w gronie osób, mówiąc dosłownie, rycerskich, w rangach złotej, brązowej, a nawet kilku srebrnych oraz jednej bezklasowej, w postaci chłopca, który, wbrew przestrogom i rozkazom, tylko połowę swojej uwagi koncentrował na szorowaniu szybko brudzonej podłogi, drugą połowę natomiast na trzymaniu się jak najdalej od zielonowłosego potwora w srebrnej masce i nie rzucaniu się w oczy, wiele osób poczytywało za swój obowiązek pomóc Aiolii. Skończyło się to na tym, że twarz rycerza Lwa wylądowała w misce pełnej masła utartego z cukrem i jajkiem, ale, skoro przy okazji przestał kaszleć ogół rycerskości uznał przedsięwzięcie za sukces i przypisał sobie jeszcze jeden dobry uczynek na już i tak, wg nich, pokaźnej liście. Pomocą w wydobyciu głowy Aiolii z miski już sobie nikt myśli nie zaprzątał.
Wszyscy, w liczbie osób 13, znajdowali się w przytulnej, acz niewielkiej i co za tym idzie dość ciasnej kuchni Aldiego. Na początku było trochę zamieszania, gdy wszyscy rzucili się na pięć stojących przy stole krzeseł, ale ostateczny wynik starcia prezentował się następująco: miejsca siedzące zajęli Shaka, Mu, Milo, Aiolia i Shina. Ikki stał oparty o ścianę przy drzwiach, gotów w każdej chwili z nich skorzystać i dając swoją miną i postawą jasno do zrozumienia, że on nie zna Seiyi, siedzącego na ziemi przy szafkach i całkowicie pochłoniętego robieniem łódek z łupin po orzechach włoskich. Hyoga robił mniej więcej to samo, co Feniks, ale ze względów praktycznych wybrał kawałek ściany położony bliżej stołu, a zarazem wielkiej góry jabłek, co prawda przeznaczonych na ciasto, ale mimo to wyjątkowo dobrych. Shiryu i Marin jako jedni z nielicznych okazali odrobinę litości w odniesieniu do starań Aldebarana i zajęli się obieraniem jabłek i siekaniem orzechów, co nie przeszkadzało im jednak również pochłaniać ich w przeważającej ilości. Natomiast Shun krzątał się przy szafkach, co chwila coś ucierając, ubijając i mieszając.
Powoli i opornie, ale jednak, kilka placków, które było przedmiotem prowadzonej, głównie przez Aldiego i Shuna, batalii, nabierało ciastopodobnych kształtów.
- No to jeszcze jabłka. - humor Aldebarana uległ znacznej poprawie po tym, jak udało mu się wyciąć dość skomplikowany wzór z ciasta, którym miał zamiar ozdobić placek. - Shiryu... cholera, możecie przestać się tak opychać?! Te owoce są mi potrzebne. Teraz. - mówiąc to odciągnął stosik już obranych jabłek z zasięgu sporej liczby dość zachłannych rąk. - Shun, możesz mi podać cynamon?
- Jasne, gdzie jest?
- W tej wiszącej szafce za tobą, mały słoiczek. Jest podpisany.
- Mam. Pro... Seiyaaaa!
Długi i wysoki okrzyk zwrócił uwagę większości zebranych. Pozostali odwrócili gdy usłyszeli donośny plusk oraz mieszaninę odgłosów upadku, przewracania się wiadra i stłumionych przekleństw, aby zobaczyć leżącego na podłodze i zdecydowanie mokrego Shuna. Na jego policzku zatrzymało się trochę piany, co w połączeniu z wściekłym spojrzeniem, którym przeszywał Seiyę dawało wrażenie, jakby Andromeda dostał nagłego napadu wścieklizny. Godnym uwagi był fakt, że w ręce trzymał nadal cały słoiczek wraz z zawartością, natomiast współczucia to, że przy okazji boleśnie zbił sobie tyłek, chociaż tym akurat chwalić się za bardzo nie zamierzał. Podniósł się powili i stanął niepewnie na śliskiej teraz podłodze.
- Musiałeś ruszać to wiadro i stawiać je zaraz za mną?! Ono było dla Shingo, żeby umył podłogę, a nie do twoich łódek! Ile ty masz lat?! Musisz zachowywać się jak przedszkolak?!...
Widok Shuna wydzierającego się na kogokolwiek był dość niezwykły i zamurował wszystkich. Stali, względnie siedzieli i gapili się jeszcze przez kilka minut, słuchając krzyków o niedorozwinięciu umysłowym Seiyi. Po kilku minutach Andromeda zdał sobie sprawę z sensacji, jaką wywołał, co pozwoliło mu trochę ochłonąć. Wziął głęboki oddech odwrócił się, podał słoik Aldiemu i podszedł do drzwi.
- Idę się przebrać - rzucił.
Gdy mijał Ikkiego, jego brat wyciągnął rękę i delikatnie starł pianę z jego policzka. Na moment ich spojrzenia się skrzyżowały. Na widok rozbawionego wzroku Feniksa Shun w końcu się przemógł i uśmiechnął, może trochę bezradnie, lekko wzruszając ramionami.

* * *

Wszedł do pokoju i zmrużył oczy, oślepiony blaskiem zachodzącego słońca. Dopiero po chwili mógł rozejrzeć się po pomieszczeniu, dostrzegając cos więcej niż rozmazane pomarańczowe cienie. Właściwie nie wiedział, po co tu przyszedł, zamiast wrócić do Domu Byka. Może nie miał ochoty spotkać się z pozostałymi, po tamtej scenie.
Na kanapie pod ścianą siedziała dziewczyna, pochylona nad czymś, co trzymała w rękach, jednak nie mógł dostrzec co to było. Wszystko wskazywało na to, ze nie zauważyła jego przybicia. Podszedł bliżej, celowo poruszając się stosunkowo głośno. Podniosła głowę i spojrzała na niego trochę nieobecnym wzrokiem. Zmrużyła oczy i wpatrywała się w jego twarz, zupełnie jakby go nie poznawała, dopiero po chwili w jej oczach zabłysło zrozumienie.
- O, Shun. - powiedziała niezbyt wyraźnie. - Po co przyszedłeś?
Wypowiedziawszy te słowa podniosła do ust szklankę wypełnioną jakimś bursztynowym płynem i opróżniła ją. Kilka pozostałych na dnie kostek lodu zadzwoniło cicho. Shun był w szoku.
- Arin, ty jesteś pijana!
- Jeszcze nie. - odparła spokojnie sięgając ręką do stojącej nieopodal otwartej szafki i wyciągając z niej sporych rozmiarów kryształowa karafkę, opróżnioną już prawie do połowy. - Ale pracuję nad tym. Nalać ci?
- W Świątyni można trzymać alkohol?
- A czemu nie? To co prawda Świątynia Ateny, a nie Dionizosa... a szkoda, przynajmniej wino byłoby dobre. To co ma Mu jest beznadziejne. Samo wytrawne. Piłeś kiedyś takie świństwo?
Shun, jako, że nie niestety nie mógł się pochwalić ani dobrą znajomością trunków, którymi w ich duecie zajmował się raczej Ikki, on natomiast ograniczał się do dotrzymywania mu towarzystwa, ani tez zbyt dużym doświadczeniem ograniczył się do nic nie mówiącego chrząknięcia. Obserwował ją i doszedł do wniosku, że jej odpowiedź nie była daleka od prawdy. Jeszcze pijana nie była, ale brakowało już raczej niewiele.
Zastanawiał się co właściwie powinien zrobić. W sumie, w grę wchodziło kilka opcji. Po pierwsze mógł ją tu zostawić i sprowadzić Mu. Problem polegał na tym, ze razem z nim zjawią się tu zapewne wszyscy pozostali, co raczej nie jest najlepszym rozwiązaniem. Drugą opcją były próby przemówienie jej do rozsądku i zaprowadzenie do pokoju... albo też mógł po prostu wypić zawartość szklanki, którą wcisnęła mu do ręki i może nie tyle przyłączyć się do niej, co zostać z nią i pilnować. Pierwszy raz widział ją w takim stanie i takiej sytuacji i był cokolwiek zbity z tropu.
Powąchał z dość dużą podejrzliwością płyn i skosztował. Niemal natychmiast zaczął kaszleć, a w jego oczach pojawiły się łzy. Alkohol spłynął żywym ogniem w jego gardle, przyćmiewając na moment wszelkie bardziej przyziemne odczucia. Cokolwiek to było, z całą pewnością było mocne. Shun pił już wcześniej alkohol, ale zdecydowanie preferował wino i w raczej małych ilościach. Powiedzmy lampkę przy kolacji czy coś w tym stylu. Tu raczej nie mógł liczyć na coś takiego.
Zresztą, cała ta sytuacja wyglądała na chorą. Andromeda uważał, że zdążył już trochę poznać tą dziewczynę i w jego wyobrażeniach o niej jakoś nie było opcji: topić smutki w butelce czy czegoś w tym stylu. Shun znał ludzi, którzy po prostu lubili wypić... w towarzystwie Ikkiego nawet sporo się ich przewijało, ale był pewny, że ona musiała mieć jakiś powód.
- Coś się stało? - Ten niezwykły popis dyplomacji, dający jasno do zrozumienia, że on nie zamierza wtrącać się w jej sprawy został równie dyplomatycznie zignorowany. Andromeda postanowił spróbować inaczej. - Rozmawiałaś z Antisem?
To już poniekąd była również sprawa Świątyni i Arin wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała odpowiedzieć na takie pytanie. Jeśli chodzi o nią, to wolałaby raczej później, ale z drugiej strony... Shun stanowił, jakby nie było, słuchacza jednoosobowego. Kwestia czy nie powiedzieć tego jemu, zamiast potem przed tą całą zgrają z Ateną i Kyoko włącznie była godna zastanowienia.
- Rozmawiałam - wypiła łyk ze szklanki, którą trzymała w ręce. Shun nie był pewny, która to już jest od kiedy przyszedł. Druga? A może trzecia? - Antis zebrał kilka informacji od... hm... ty pewnie nazwałbyś ją moim mistrzem, chociaż to nie do końca tak, ma na imię Sunrine. Potwierdził moje przypuszczenia. Oni chcą połączyć Kamienie Żywiołów w jeden Kryształ.
Shun milczał chwilę. Widział możliwości jednego Kamienia. Ale trzy naraz? Jakoś nie chciał wiedzieć, co z tego wszystkiego wyniknie.
- Dlaczego tutaj?
Znowu wypiła łyk.
- Nie tutaj. Na Górze Gwiazd. Te kryształy zostały tam kiedyś stworzone i tylko tam można zmienić ich charakter.
- Czyli my stoimy im na drodze. Kiedy?
Nie odpowiedziała. Sprawiała wrażenie, jakby go nawet nie słuchała. Wpatrywała się w pustą już szklankę ze zmarszczonymi brwiami.
- Arin!
Drgnęła i popatrzyła na niego trochę mętnym wzrokiem. Potem sięgnęła po karafkę i ponownie napełniła szklankę.
- Co?
- Pytałem kiedy.
- A... 22. czerwca.
- Zostały trzy dni?
Spojrzała na niego z wyrzutem.
- Wiem, że mogłeś tego nie zauważyć, ale ja tu próbuję wyprowadzić mój umysł ze stanu używalności. Liczenie nie jest w tej chwili moją mocną stroną.
Shun wzruszył ramionami.
- Możesz po prostu przestać.
- A jeśli nie chcę przestać?
Potrząsnął głową.
- Nie rozumiem. Aż tak boisz się tego starcia?
Arin poderwała się na równe nogi.
- Ja się niczego nie boję, słyszysz?!
- Okazujesz to w dość dziwny sposób.
- A co ty możesz wiedzieć?! - wybuchła. - Dla was jestem jedynie kukiełką, marionetką, którą można wykorzystać, a potem odstawić na półkę, gdy skończy grać swoją rolę! A jeśli laleczka się uszkodzi, to co nas to obchodzi?! Kupimy sobie nową!
- O czy ty mówisz? - Shun cofnął się przestraszony.
Ona już go nie słuchała. W jej uszach odbijały się ciągle te same słowa: "Lalka... lalka... lalka... nie jesteś niczym więcej niż kukiełką..." To bolało. Gdyby to jeszcze była Rada, po prostu maiłaby jeszcze jeden powód, aby jej nienawidzić, ale nie. Manipulowała nią osoba, której ufała. Dla której tu przyjechała! "Nie mogłaś mi po prostu zaufać?!" Niemy krzyk, który nigdy nie opuścił jej ust. Cicha pretensja, której nikt nie usłyszał. I idący w ślad za nią ogień. Płomień bólu i gniewu, który zagłuszał zdrowy rozsądek i tak już osłabiony przez płynący w jej żyłach alkohol.
Brzdęk tłuczonego szkła i ostra fala bólu w ręce przywróciły jej część świadomości. Spojrzała w dół, na swoja dłoń i zobaczyła stróżki krwi. Dopiero po chwili dotarło do niej, że to była jej krew. Musiała zbyt mocno ścisnąć szklankę i rozbiła ją. Z cichym sykiem podniosła obie ręce i spróbowała wyjąć kawałki szkła z największego rozcięcia.
Shun podszedł do niej i chwycił ją za zranioną rękę.
- Pokaż mi to. Nie wygłupiaj się - powiedział, gdy chciała się wyrwać. - Sama tego teraz nie wyjmiesz.
Nie zadawał pytań. Ostatni wybuch powiedział mu więcej niż chciałby wiedzieć, a przede wszystkim to, że sprawa jest raczej na tyle delikatna, że może źle wyjść na wchodzeniu z butami w jej życie. Rycerz Andromedy czy nie, on też miał swój instynkt samozachowawczy i zdecydowanie nie miał ochoty na kroki samobójcze. Chociaż... to, co zamierzał zrobić, pewnie też się do nich pod pewnymi względami zaliczało. Przyłożył jej dłoń do swoich ust.
- No, no, a ja się zastanawiałem, gdzie cię wcięło tak długo.
Shun szybko wypluł kawałek szkła na chusteczkę i odwrócił się.
- Ikki... Mu... To nie tak jak myślicie! Mieliśmy tu mały wypadek...
- I niezłą imprezę, jak widzę - dodał Mu.
Shun zrobił się czerwony na twarzy, czemu towarzyszyły salwy śmiechu ze strony dwóch starszych braci.
- Nie martw się, przede mną akurat tłumaczyć się nie musisz. - zapewnił go Mu z szelmowskim uśmiechem. - Na twoim miejscu, to bym się nawet cieszył, że weszliśmy my, a nie pewien blondyn.
- Mu!
- Słucham cię, kochana siostrzyczko.
Shun spojrzał zaskoczony na Ikkiego, który dziwnie mu się przyglądał.
- Na mnie nie patrz, ja nie zamierzam cię tak tytułować. Właśnie myślałem, że jak robisz się taki czerwony, to do złudzenia przypominasz pomidor. Szkoda, że nie zauważyłem wcześniej. Może nie wszyscy przeciwnicy przejrzeliby ten kamuflaż i nie musiałbym cię tak pilnować. Zastanawiające.
Pozostała dwójka wymieniła rozbawione spojrzenia, gdy Shun próbował rzucić w brata leżącą wcześniej na kanapie poduszką. Ikki uchylił się i wyciągnął rękę. Śmiejąc się zmierzwił Andromedzie włosy i szybko cofnął dłoń, zanim ten zdążył zareagować.
- Tą ranę trzeba oczyścić i opatrzyć - odezwał się już poważniej Mu do stojącej obok siostry. - Chodź, mam apteczkę w pokoju obok. A potem idziesz do łóżka. Dobrze słyszałaś - powiedział głośniej, kiedy napotkał jej spojrzenie. - I ciesz się, że nie każę ci tu posprzątać.

* * *

Znowu ciemność, wilgoć i szum płynącego nieopodal strumienia. Fuego miał już tego serdecznie dosyć. Czemu Świątynia Ateny nie może być gdzieś na Saharze? Albo w ogóle gdzieś, gdzie można się ukryć na zewnątrz, w słońcu, a najlepiej jakby było jeszcze tak około 40 stopni? Czemu muszą się kisić w tych zatęchłych grotach? Pytanie było bezcelowe i dobrze o tym wiedział. Odpowiedź na nie również znał i w pełni zdawał sobie z tego sprawę, ale to przecież nie był powód, aby nie mógł sobie trochę ponarzekać. Biorąc pod uwagę okoliczności narzekanie było chyba najlepszym, co mógł zrobić i pozwalało nawet nieźle radzić sobie z nudą.
Poza tym Fuego już od jakiegoś czasu wpatrywał się w drżący płomień pochodni, próbując sobie wmówić, że tak naprawdę jest otoczony przez płomienie, a wokół jest bardzo gorąco i ani trochę wilgotno. Siła autosugestii podobno może zdziałać cuda. Podobno. Być może w przypadku osób które potrafią wytrzymać patrząc na jeden punkt dłużej niż dziewięćdziesiąt sekund rzeczywiście się to sprawdzało. Jednak, jako że strażnik Ognia do takich osób zdecydowanie nie należał przekonać się o tym nie mógł, a z drugiej strony nic, ale to kompletnie nic, ciekawszego do roboty nie miał. Sytuacja przedstawiała się więc raczej rozpaczliwie a zły humor rósł w tempie geometrycznym, szybko zbliżając się do temperatury wybuchu.
Nieco bliżej wody siedziała Keria, całkowicie pochłonięta malowaniem paznokci, mocząc przy okazji nogi w strumieniu. Jakim cudem cokolwiek widziała w otaczającym ich półmroku pozostawało dla Fuego zagadką, której rozwiązywać nie miał jednak najmniejszej ochoty. Zresztą... gdy potem patrzył na efekty takiego malowania, dochodził do wniosku, że ona nie widzi nic, a nawet jeśli, to w efekcie zmienia to raczej niewiele lub zgoła nic. Fuego, co prawda, nie mógł powiedzieć, aby w pełni nadążał za modą kobiecą, jeśli chodzi o paznokcie, za to mógł poszczycić się wyjątkowo rozwiniętym wyczuciem smaku, z którym chaos stwarzany przez dziewczynę po prostu się kłócił. Tylko, że jej takie kosmetyczne eksperymenty najwyraźniej sprawiały przyjemność.
- Co zrobisz, jak będzie po wszystkim? - pytanie zaskoczyło chłopaka i wyrwało go z niezwykłych dla niego rozmyślań.
- Co?
Dopiero teraz zauważył, że ona już skończyła i obróciła się do niego.
- Pytałam, co zrobisz, gdy już zrobimy to, po co tu przyszliśmy. Gdy zniszczymy Radę.
Wzruszył ramionami. Jakoś na razie nie myślał nad tym zbyt intensywnie.
- Pewnie wrócę do siebie.
- Do Neapolu?
- To piękne miasto, a ja mam tam przyjaciół.
- Tak, słyszałam. Podobno masz tam niezłych rozmiarów gang.
Uśmiechnął się.
- Jechałaś kiedyś na motorze?
- Nie...
- To powinnaś spróbować. Tego nie da się do niczego porównać. Szum wiatru, prędkość i pusta autostrada. Gdy jedziesz sama, w nocy, możesz w końcu w pełni usłyszeć swoje myśli, uciec od wszystkich problemów. Dla mnie to wolność.
- Jak ja pod wodą - powiedziała cicho, raczej do siebie.
Milczał chwilę.
- Chyba tak. Myślę, że można tak powiedzieć.
Znowu zapadła cisza.
- A ty co zrobisz?
- Jeszcze nie wiem - odparła po chwili. - Też mogłabym wrócić... tylko, że nie mam za bardzo do czego. W Ironwood nic na mnie nie czeka.
- Ironwood to jest...?
- W Stanie Michigan, w USA, niedaleko Wielkich Jezior.
- Aha.
To był jedyny komentarz. Nie pytał dlaczego ona nie chce tam wrócić. Domyślał się odpowiedzi i zadawanie pytania mijało się, według niego, z celem. Rada. Chcieli ją zniszczyć i mieli ku temu swoje powody. Zarówno te wielkie, jak i osobiste, wcale nie mniej ważne. Szczegóły były dla niego zbędne.
- Hm... - zaczął niepewnie. Nie był do końca przekonany czy rzeczywiście chce to powiedzieć. - Wiesz, niedaleko Neapolu jest mała wyspa, Capri. Podobno jest piękna. Można ją opłynąć w niewielkich łódkach i zobaczyć otaczające ją groty. One są częściowo zatopione, ściany pokrywają koralowce, a woda przybiera niezwykły, lazurowy kolor...
Urwał wypowiedź, nie wiedząc, co powinien powiedzieć dalej. Keria patrzyła na niego przenikliwym wzrokiem. Uśmiechnęła się zaczepnie.
- Mam traktować to jako zaproszenie?
Wzruszył ramionami.
- Jeśli nie chcesz wracać do siebie...
- Przemyślę to - zamilkła na moment. - Czy wtedy zabrałbyś mnie na przejażdżkę na motorze?
Spojrzał na nią zaskoczony.
- W zasadzie... mógłbym...
- Super - ucieszyła się. - Będę to traktować jako obietnicę - mówiąc to wstała. - Idę popływać, idziesz?
Pokręcił wolno głową.
- Nie, zostanę.
- Jak chcesz.
Po chwili już jej nie było. Fuego patrzył za nią, wsłuchując się w oddalające się kroki i próbując się skupić. Nie spodziewał się tej rozmowy, a takiego jej przebiegu już na pewno. Siedział tak jeszcze przez moment. Myślał, chociaż ciężko byłoby wyłonić z kłębowiska jego myśli jakąś konkretną, której poświęcił więcej uwagi. Minęło jeszcze kilka minut. W końcu Fuego wzruszył ramionami i uśmiechnął się, wstając. Ruszył w stronę wyjścia, po raz pierwszy nie zwracając większej uwagi na otaczającą go ciemność.

Następna część: rozdział XVIII

Następna cześć: Rozdział XXVIII


Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Sant Seiya Revolution - Multimedia
Aiolia Leo

Aiolia2

Camus6

Skorpion Milo

Złoty Rycerz Skorpiona

Milo





Alien_2
Alien_2
2 dni
Verien
Verien
6 dni
galaxa
galaxa
6 dni
Freeze
Freeze
1 tydzień
rafal2142
1 tydzień
goliat
1 tydzień
Copyrights © Saint Seiya Revolution 2006 - 2019
Powered by PHP-Fusion copyright Š 2002 - 2013 by Nick Jones. Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.